Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rio de Janeiro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rio de Janeiro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2014

Brazylia – Rio de Janeiro – Maracana, Lapa i Karnawał (część 5)













To już ostatnia część mojej relacji z pobytu w Brazylii. Na piątek mieliśmy ustaloną datę odbioru naszych wejściówek na Karnawał. Na ten dzień zaplanowaliśmy ponadto zwiedzanie Maracany oraz dzielnicy Lapa.

Tego dnia postanowiliśmy też poruszać się po Rio metrem, w końcu jeszcze nie mieliśmy okazji poznać tego środka lokomocji. Tym razem wyjechaliśmy z hotelu trochę później, aby ominąć poranne korki. No i tym razem nam się udało. Bez większych problemów dojechaliśmy pod Maracanę i dosyć szybko znaleźliśmy niedrogi parking. Udaliśmy się do metra i wysiedliśmy na stacji Maracana, skąd długą kładką dla pieszych przeszliśmy bezpośrednio pod stadion. Zakupiliśmy bilety wstępu i znaleźliśmy się wewnątrz największego niegdyś stadionu na świecie, który mógł pomieścić nawet do 200 tysięcy kibiców. Dziś, przebudowany na tegoroczny mundial, może pomieścić „tylko” 76 tysięcy widzów. Stadion robi naprawdę duże wrażenie. Zastanawialiśmy się jednak, jak w takim upale będzie można grać w piłkę. Szybko jednak przypomnieliśmy sobie, że w czasie mistrzostw w Brazylii będzie przecież zima.

Po zwiedzeniu stadionu, znów metrem, udaliśmy się odebrać bilety do hotelu Atlantico, niedaleko Copacabany. Okazało się, że po bilety musieliśmy stać w kolejce, a dodatkowo zmieniono nam zarezerwowane przez nas wcześniej miejsca na inny sektor. Ponieważ zależało nam na wybranych wcześniej miejscach, to musieliśmy zaczekać następne pół godziny, aż z powrotem zamienią nam bilety. Dostaliśmy jeszcze w cenie biletów pamiątkowe koszulki z karnawału 2014 i zadowoleni mogliśmy udać się na dalsze zwiedzanie.

Kolejnym celem naszej wędrówki była dzielnica Lapa. Chcieliśmy zobaczyć w niej słynne kolorowe schody – Escadaria Selaron oraz znajdujący się nieopodal Akwedukt oraz charakterystyczną Katedrę w kształcie ściętego stożka. Udaliśmy się tam również metrem. Schody rzeczywiście bardzo kolorowe a na nich mnóstwo turystów. Wielu z nich przebranych już na karnawał – zaczynało się czuć atmosferę wielkiej zabawy. Przeszliśmy potem koło wspaniałego Akweduktu, którym w dawnych czasach dostarczano czystą wodę do miasta z pobliskiego parku Tijuca i weszliśmy na chwilę do Katedry Świętego Sebastiana. W planach mieliśmy jeszcze pochodzenie po sklepach w dzielnicy handlowej, ale okazało się, że poza dużą ilością ulicznych kramików z akcesoriami na karnawał, pozostałe sklepy to głównie drogie markowe galerie. Szybko więc zrezygnowaliśmy z zakupów i wróciliśmy wcześniej do hotelu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w „naszym” Carrefourze i zrobiliśmy drobne zakupy.

W sobotę główną atrakcją dnia był oczywiście wyjście na sambodrom i podziwianie słynnego Karnawału. Jednak nie chcieliśmy spędzać całego dnia w hotelu. Jako że w weekendy ruch na ulicach jest niewielki, to udaliśmy się samochodem na Ipanemę. Naszym głównym celem nie była sama plaża, tylko największy w Ameryce Łacińskiej sklep Nike. W Warszawie dostałem zamówienie na kupno oficjalnego stroju reprezentacji Brazylii w piłce nożnej, a jedynym miejscem gdzie mogłem go dostać w komplecie był właśnie ten sklep. Zanim jednak go kupiliśmy, postanowiliśmy jednak udać się na plażę. Rzeczywiście okazało się, że na plaży jest dużo więcej ludzi niż w tygodniu. Czuliśmy się jednak bezpiecznie, tym bardziej, że nie mieliśmy ze sobą żadnych większych kosztowności, a ja wziąłem ze sobą tego dnia gorszy aparat. Fale na Ipanemie były dużo większe niż na Copacabanie, ale woda była bardzo ciepła, nie było prądów i bez problemu można było się kąpać. Posiedzieliśmy więc około godzinki na plaży, po czym zrobiliśmy zakupy w sklepie Nike i wróciliśmy do hotelu.

Przed wyjściem na karnawał poszliśmy jeszcze na miasto coś zjeść. Wybraliśmy restaurację, w której podawano modne w Brazylii jedzenie na wagę. Sam wybierasz co chcesz jeść, kładziesz na talerz, ważysz i płacisz określoną za kilogram cenę. Jedzenie pyszne i niedrogie, tak więc najedliśmy się do syta, żeby nie być głodnym podczas nocnej zabawy. Wieczorem zamówiliśmy taksówkę już 2 godziny wcześniej. Nie chcieliśmy jechać swoim samochodem i był to najlepszy wybór. Żeby dojechać tego dnia pod sambodrom potrzeba nam było… 2,5 godziny. Korki niesamowite, praktycznie całe centrum stało. Taksówkarz wypuścił nas zresztą wcześniej, pokazał gdzie mamy iść i umówił się z nami na powrót. Gdy doszliśmy do swojego sektora akurat paradowała pierwsza tego wieczoru szkoła samby. Mieliśmy miejsca w czwartym rzędzie, ale krzesełka przy samej ulicy, którą paradowały szkoły były wolne, więc nie zastanawiając się długo zajęliśmy je, licząc na to, że ich „właściciele” długo się nie pojawią. Mieliśmy wielkiego farta, bo posiadacze biletów na te miejsca przyszli dopiero około godziny 1.30, kiedy my już szykowaliśmy się do powrotu. Tak więc prawie przez cały czas staliśmy w pierwszym rzędzie i prawie że maszerowaliśmy razem ze szkołami samby. W każdym razie zdjęcia wyszły wspaniałe, bo żadni inni widzowie nie zasłaniali nam maszerujących po sambodromie korowodów. Przemarsze szkół samby robią niesamowite wrażenie. Ilość kolorów przeprawiała o zawrót głowy. Dotychczas myśleliśmy, że w karnawale w Rio biorą udział tylko przepiękne i półnagie tancerki. Okazało się, że każda szkoła samby ma ich w swoim gronie tylko kilka, a większość przemarszu tworzą ludzie w najróżniejszym wieku – od dzieci do osób, które miały grubo ponad 60 lat. Wszyscy bawią się znakomicie, tańczą, śpiewają, cieszą się. A wszystko to oczywiście w rytmie samby. Wszystko razem tworzy niesamowite wrażenie i po prostu trzeba zobaczyć to choć raz na własne oczy, żeby zrozumieć jak ważny jest udział w karnawale dla każdego Brazylijczyka. Pełni wrażeń wróciliśmy w nocy do hotelu, zabierając jeszcze po drodze porzucone na ulicy przez jakąś szkołę samby kolorowe kapelusze. Będziemy mieli wspaniałą pamiątkę.

No i nadszedł niestety dzień powrotu do Polski. Po dłuższym niż zazwyczaj spaniu spakowaliśmy się i udaliśmy się na lotnisko. Najpierw jednak oddaliśmy w wypożyczalni samochód. Spędziliśmy tam ponad 2 godziny, a to z tego względu, że mieli kompletny bałagan w papierach i okazało się, że muszą anulować wcześniejszą rezerwację, zrobić nową i w ogóle niewiele z tego rozumieliśmy. W efekcie E. podpisał się pod wyciągiem z mojej karty i nie wiadomo jak będą nam wyciągać i zwracać pieniądze. W każdym razie na wszelki wypadek złożyłem już w Polsce reklamację i zobaczymy co dalej z tym wszystkim będzie. Za bardzo to wszystko zagmatwane żebym to tutaj tłumaczył. Samolot do Lizbony był opóźniony około godziny, przez co musieli mi zmienić bilety, bo nie zdążyłbym na przesiadkę do Amsterdamu. Leciałem więc przez Lizbonę, potem Brukselę i dopiero do Polski. Wszystkie loty minęły spokojnie i w poniedziałek wieczorem, zgodnie z planem byłem już w Warszawie. I to już koniec mojej relacji z wyprawy do Brazylii. Było pięknie i szybko się skończyło, ale piękne wspomnienia pozostaną na całe życie!

czwartek, 27 lutego 2014

Brazylia – Rio de Janeiro – Copacabana, Ipanema, Leblon, Barra, CaboFrio i Arraial do Cabo (część 4)













Ta część relacji będzie dotyczyć brazylijskich plaż i to nie tylko tych w samym Rio. Kolejnego dnia pobytu wybraliśmy się na słynne plaże w Rio. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia, tym razem wybraliśmy inną drogę, aby uniknąć porannych korków. Pojechaliśmy autostradą omijającą miasto od zachodu. To było dobre posunięcie, bo rzeczywiście uniknęliśmy korków, a dodatkowo poznaliśmy nowe rejony miasta. Zdziwiła nas między innymi kolejka linowa, której wagoniki powoli poruszały się nad kilkoma fawelami. Postanowiliśmy przeczytać o niej wieczorem w Internecie i być może wybrać się nią na przejażdżkę. Ponieważ wjechaliśmy do miasta od zachodniej strony, to aby dostać się na słynną Copacabanę, którą chcieliśmy zobaczyć jako pierwszą, musieliśmy po drodze minąć wszystkie znane plaże w Rio, po kolei: Barrę, Leblon i Ipanemę. Pierwszą mijaliśmy Barrę. W zasadzie nie jest to plaża w Rio, tylko w miejscowości Barra da Tijuca. Zaczęliśmy od niej, ponieważ to właśnie na nią wyjeżdża się po dojechaniu do końca autostrady. Od razu nam się bardzo spodobała. Była rozległa, długa i pusta z pięknym błękitnym morzem, wysokimi falami i złotym piaskiem. Powiedzieliśmy sobie, że potem na nią wrócimy. No ale najpierw Copacabana! Kolejnymi mijanymi plażami były Leblon i Ipanema. Choć ładne, to nie zrobiły na nas z drogi wielkiego wrażenia. Wreszcie dotarliśmy na słynną Copacabanę. O dziwo było na niej mało ludzi, co ponoć jest normalne w środku tygodnia. Bez problemów znaleźliśmy miejsce na parkingu, które kosztowało nas tylko 2 reale, wzięliśmy ręczniki i poszliśmy na plażę. Zanim jednak na nią doszliśmy, na słynnym deptaku kupiliśmy sobie po zimnym kokosie i popijając go przez słomkę weszliśmy na szeroką plażę. Przy samej ulicy zlokalizowanych jest mnóstwo boisk do piłki nożnej i do siatkówki, na których w weekendy stale ktoś gra. W środę było na nich pusto. Ludzi na plaży, jak wspomniałem, mało. Pogoda piękna, niebo błękitne, fale wysokie, więc nie czekając dłużej poszliśmy się kąpać. Oczywiście nie wszyscy naraz, żeby nie kusić miejscowych złodziejaszków. Po kąpieli wspólnie zdecydowaliśmy, że szybko się suszymy i jedziemy na Barrę. Tam podobało nam się bardziej. Można powiedzieć, że Copacabana „zaliczona”. Choć wcale nie zrobiła na nas oszałamiającego wrażenia. Chyba staliśmy się zbyt wybredni, albo za dużo już widzieliśmy :).

Tak więc wróciliśmy na Barrę. Znaleźliśmy bez problemu miejsce parkingowe, tym razem za 4 reale i poszliśmy na plażę. Była piękna, tylko że… wszędzie stały wbite flagi ostrzegające o silnych prądach i o zakazie kąpieli. Oczywiście surferzy i katesurferzy nic sobie z tego nie robili i śmiało pomykali pośród wysokich fal. Na szczęście zobaczyliśmy, że w wodzie są też ludzie i to nawet z małymi dziećmi, tylko bawią się w falach tuż przy brzegu. Już mieliśmy wchodzić do wody, gdy blisko nas usiadła młoda Brazylijka w przeciwsłonecznych okularach, która dziwnie się zachowywała i rozmawiała przez telefon. Jako że plaża wokół była pusta, to, wiedząc o wielu sposobach kradzieży w Rio, postanowiliśmy szybko wstać i przejechać trochę dalej. Gdy schodziliśmy z plaży mijaliśmy kolejnych dwóch szemranych typków, którzy najwyraźniej już czekali na zdobycze z naszych rzeczy. Kilkaset metrów dalej znaleźliśmy pusty i tym razem darmowy parking przy plaży. Tym razem już było przez cały czas spokojnie, a zabawa na wielkich falach i przy silnych prądach na dobre pozwoliła nam zapomnieć o nieprzyjemnej sytuacji. Tak spędziliśmy resztę popołudnia, po czym udaliśmy się w drogę powrotną do hotelu. Całkiem przypadkowo przejeżdżaliśmy jeszcze tuż obok słynnego Cidade de Deus – Miasta Boga – faweli rozsławionej na świecie przez film o tym samym tytule. Po powrocie sprawdziliśmy jeszcze w Internecie informacje o kolejce linowej, którą widzieliśmy rano. Okazało się, że wybudowała ją w 2011 roku francuska firma, dla mieszkańców faweli, żeby mogli łatwiej dostać się do swoich domów. Nazywa się Teleferico do Alemao. Kolejka ma 3,5 kilometra długości i składa się z 6 stacji. Łączy ze sobą aż 7 faweli. Przejazd nią w jedną stronę trwa 16 minut i kosztuje tylko 1 reala. Zdecydowaliśmy jednak, że nie skorzystamy z tej opcji zwiedzania faweli z powodu braku czasu, a także z obawy przed niechętnym przyjęciem nas przez mieszkańców :).

Następnego dnia, w czwartek zaplanowaliśmy sobie podróż na piękne plaże do Cabo Frio i Arraial do Cabo, które leżą około 160 km na wschód od Rio de Janeiro. Wyczytaliśmy wcześniej, że są to ulubione miejsca mieszkańców Rio na weekendowe i wakacyjne wyjazdy. Ruszyliśmy z samego rana, aby ominąć korki. Niestety zupełnie nam się to nie udało. Po 2 godzinach spędzonych w korku błogosławiliśmy, że nie musieliśmy dojeżdżać do centrum, tylko wcześniej skręciliśmy na wspaniały Most Prezydenta Costy e Silvy nad Zatoką Guanabara. Na nim ruch był już zdecydowanie mniejszy i odbywał się płynnie. Po drugiej stronie zatoki znajduje się już miasto Niteroi ze stocznią przy głównej drodze, z której podziwialiśmy budowane ogromne statki. Droga na wybrzeże upłynęła nam dość szybko. Droga przez cały czas była dwupasmowa, nie było dużego ruchu. To była miła odmiana, po atrakcjach jazdy w centrum i na przedmieściach Rio. Po niecałych 2 godzinach jazdy dotarliśmy do pierwszej plaży w Cabo Frio. Nie wiedząc jeszcze jak wygląda zaparkowaliśmy samochód na pustej drodze dojazdowej do posesji. Od plaży oddzielał nas już tylko pas białych wydm, porośniętych drobnymi zaroślami. Wyszliśmy z samochodu, weszliśmy na wydmy i… od razu się zakochaliśmy. Oczom naszym ukazała się przepiękna plaża z białym piaskiem i błękitno-lazurowo-zielony ocean ze wspaniałymi falami. Była to plaża Praia do Foguete. Ludzi niedużo, głównie całe rodziny, więc o bezpieczeństwo nie musieliśmy się martwić. Nasze rzeczy leżały tuż przy morzu, a my pochłonęliśmy się zabawą wśród fal. Po około 2 godzinach naprzemiennych kąpieli i opalania się stwierdziliśmy, że jedziemy dalej, zobaczyć pozostałe plaże, o których tyle czytaliśmy. Doszliśmy do samochodu i stwierdziłem, że nie mogę otworzyć drzwi, bo kluczyk kręci się dookoła w zamku. Drzwi były zamknięte. Po bliższym przyjrzeniu się zauważyłem dziurkę obok zamka. Ktoś próbował dostać się do samochodu, ale na szczęście mu się nie udało, bo ktoś go musiał spłoszyć. Zamek od strony pasażera był sprawny, więc mogliśmy jechać dalej. Trochę się zdenerwowaliśmy ale postanowiliśmy nie psuć sobie bardziej humoru. Dojechaliśmy do Arraial do Cabo nad rozległą plażę Praia Grande, leżącą od zachodniej strony miasta. Tutaj ocean był spokojniejszy, nie było dużych fal, ale za to jego kolor był jeszcze intensywniejszy. Woda była wręcz lodowata, w porównaniu z poprzednią plażą. Na piasku przy brzegu bawiło się sporo osób, ale niewiele się kąpało. Zostaliśmy tutaj około pół godziny, wykąpaliśmy się, porobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy na wschodnią stronę miasta. Plaża Praia dos Anjos nie zrobiła na nas większego wrażenia, położona była przy centrum miasta i blisko portu. W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze z drogi pięknie położoną plażę Praia da Prainha, ale już na nią nie poszliśmy. Robiło się późno a mieliśmy jeszcze drogę powrotną i chcieliśmy się zatrzymać po drodze na jedzenie. Z jedzenia wyszły nici, bo przegapiliśmy zjazd do restauracji, którą sobie wcześniej upatrzyliśmy, więc musieliśmy obejść się smakiem. Do naszego hotelu w Duque de Caxias dojechaliśmy przed godziną 18. Ominęliśmy popołudniowe korki i wieczorem mogliśmy jeszcze pobawić się w hotelowym basenie oraz wyjść do pobliskiej restauracji na kolację.

wtorek, 25 lutego 2014

Brazylia - Rio de Janeiro - Głowa Cukru i Góra Corcovado (część 3)














Do Rio de Janeiro dolecieliśmy późnym wieczorem. Podstawionym samochodem podjechaliśmy kawałek do wypożyczalni samochodów i tutaj zastała nas pierwsza niemiła niespodzianka. Mimo wcześniejszej rezerwacji pani informuje nas, że... samochodu nie ma, bo rezerwacja nie została potwierdzona. No ale jak miała zostać potwierdzona, skoro nie przysłali nam maila zwrotnego? Na nic jednak nasze tłumaczenia, rozmowa się przeciąga a E. coraz bardziej zdenerwowany. Po 2 godzinach dyskusji pani jednak znajduje jakiś samochód (Fiat Uno) i już po północy możemy jechać do naszego hotelu Mont Blanc, który znajduje się w Duque de Caxias, nieco na północ od samego Rio. Dobrze, że wcześniej obejrzałem sobie na Google street view jak wygląda droga do hotelu, bo nawet z GPS niełatwo byłoby trafić. W każdym razie dojeżdżamy do hotelu bez żadnych problemów. Poza drobnym odcinkiem przy samym lotnisku, gdzie budowali nową drogę, drogi puste, w końcu to środek nocy. No i na pewnych odcinkach drogi strasznie śmierdzi, jakby ktoś sobie zrobił kibelek na środku drogi... Dopiero następnego dnia mamy się przekonać dlaczego wszyscy odradzają wypożyczanie samochodu w Rio ;). Hotel nowy, pokój bardzo ładny - to miła odmiana po Manaus. Szybko idziemy spać, bo rano ruszamy na podbój miasta.



Poranek wita nas słońcem, ładnym widokiem na odległe Rio i dobrym śniadaniem. Nie tak dobrym jak w Foz do Iguacu, tam to był luksus. Po śniadaniu ruszamy na podbój Rio. Przygotowani na najgorsze zostawiamy prawie wszystkie cenne rzeczy w hotelowym sejfie. W ręku tylko aparat i dokumenty samochodu oraz trochę kasy na zwiedzanie. Ruszamy i po kilku minutach... stajemy w korku. Do centrum jeszcze około 15 kilometrów, które jedziemy około... 2 godzin. W dodatku żadne przepisy tutaj nie obowiązują, jeśli ktoś ma włączony kierunkowskaz przy zmianie pasa to tylko dlatego, że zapomniał go wcześniej wyłączyć. Odległość 20 cm między samochodami to wystarczająco dużo, żeby się między nie zmieścić. Dodatkowo, między samochodami stojącymi w korku, z prędkością zbliżoną do światła, jeździ niezliczona ilość skuterów i motorów, cały czas trąbiąc - zastanawiamy się dlaczego - odpowiedź poznamy w dalszej części dnia... Istna dżungla, tylko że w mieście. Na wszelki wypadek proszę A. żeby za każdym razem kiedy zmieniam pas przypominała mi o motorach... No i już wiemy dlaczego w nocy tak śmierdziało. Okoliczne zatoki wcinające się w dzielnice miasta są maksymalnie zasyfione śmieciami i prawdopodobnie fekaliami z okolicznych faweli - czyli dzielnic biedy. Jest ich ponoć w samym Rio ponad 900 i przejeżdżając obok każdej smród na chwilę się wzmaga. Cóż, sami chcieliśmy takich wakacji, więc cierpliwie stoimy w korku i podziwiamy to niesamowite miasto. Po około 2 godzinach podjeżdżamy pod Głowę Cukru. O dziwo bez problemów znajdujemy darmowe miejsce na parkingu pod stacją kolejki, którą wjeżdżamy na górę. Kolejka jest dwuetapowa. Wagonik zabiera na raz kilkadziesiąt osób, ale tłumów nie ma. Byliśmy przygotowani na długie czekanie w kolejce, ale jesteśmy miło zaskoczeni. Widoki z granitowej góry zapierają dech w piersiach. Rio de Janeiro jest cudownie położone. Widzieliśmy już wiele miast na świecie, ale Rio jest jednym z najpiękniej położonych. Przepiękne plaże dookoła, wzgórza, parki no i ocean oraz górujący nad wszystkim Chrystus Zbawiciel, na którego będziemy jechać za chwilę. Robimy sobie sesje zdjęciową na Głowie Cukru i zjeżdżamy na dół. Ruszamy na Corcovado.

Ale zanim tam dotrzemy przekonamy się o tym, dlaczego motory wiecznie trąbią... Gdzieś na wysokości ogrodu botanicznego muszę zmienić pas. Upewniam się, czy nie jedzie za mną żaden motor, sprawdzam, czy mam wystarczająco miejsca z przodu, skręcam i... słyszę uderzenie. Nie wiem skąd znalazł się za mną ten motor... Widzę jak chłopak z dziewczyną upadają na ulicę i łapię się za głowę. Szybko zjeżdżam na chodnik i razem z E. wychodzimy zobaczyć co się stało. Na szczęście oboje wstają, więc nic poważnego się nie stało. Chłopak zdenerwowany i lekko poobcierany. Dziewczyna trzyma się za udo i kolano. martwimy się o nią i jednocześnie boimy, żeby zaraz nie zebrała się grupka ich kolegów. Na szczęście chłopak okazuje się dość sympatyczny, a dziewczyna mówi, że trochę ją boli, ale nic jej nie jest. Proponujemy wezwanie policji, ale on mówi, że nie chce. Nasz samochód też na szczęście niewiele ucierpiał - mamy tylko pęknięty kołpak i lekko wgnieciony błotnik. Niby moja wina, ale tak do końca nie jestem tego pewien. W końcu musiał zasuwać jak szalony, no i... nie trąbił... W każdym razie E. szybko proponuje chłopakowi 100 reali, ten zgadza się, bierze kasę i jest po sprawie. Możemy jechać dalej. Od tego momentu w zasadzie staram się już w ogóle nie zmieniać pasów :).


Po objechaniu całego Parku Tijuca dojeżdżamy wreszcie na parking pod Corcovado. Tutaj też nie ma tłumów, więc miejsce na parkingu znajdujemy bez problemu. Stąd, po uiszczeniu opłaty za wstęp, busiki podwożą nas pod sam pomnik Chrystusa Zbawiciela. Jest ogromny. Ma ponad 30 metrów wysokości. Widoki są równie piękne jak z Głowy Cukru. Kolejna sesja fotograficzna, zakup pamiątek i zadowoleni możemy już wracać do hotelu. Wystarczy wrażeń jak na jeden dzień. W drodze powrotnej okazuje się, że przejeżdżamy przez historyczną dzielnicę Santa Teresa, jadąc drogą słynnego żółtego tramwaju. Niestety nie jeździ on już po mieście od czasu wypadku w 2011 roku, kiedy to śmierć ponieśli jadący nim turyści. Są ponoć plany, żeby na Igrzyska Olimpijskie w 2016 roku znów go przywrócić na tory, no ale my już nim raczej nie pojedziemy. Zatrzymujemy się jeszcze na zakupy w pobliskim Carrefourze. Do hotelu dojeżdżamy już po zmierzchu i po kolacji idziemy szybko spać. Następny dzień przeznaczamy na objazd po plażach.